Jezioro bez nudy – rusz kajakiem, wskocz na SUPa, zaparkuj camperem

Dziś mamy dla Was coś specjalnego – historię od naszego czytelnika, który postanowił rzucić wszystko i ruszyć nad jezioro. Ale nie po to, żeby tylko leżeć plackiem i liczyć chmury (chociaż to też się zdarzyło). Ten człowiek zabrał ze sobą kajak, SUPa i campera, a potem… zaczęła się przygoda.

Z humorem, dystansem do siebie i szczerością do bólu (szczególnie ramion po wiosłowaniu) opowiada o tym, jak wygląda jeziorne życie z perspektywy pierwszej osoby. Usiądźcie wygodnie, najlepiej gdzieś blisko wody i poczytajcie, jak wygląda jezioro bez nudy.

„Nie wiem jak ty, ale ja mam w sobie wewnętrznego chomika. Tego, co cały rok siedzi w biurze, zbiera stres, kawowe kubki i pliki Excela, a gdy tylko zrobi się ciepło to zrzuca marynarkę, pakuje się w camper i ucieka nad jezioro, bo… jezioro to nie tylko leżing i smażing. Jezioro to dzikość serca, woda w nosie, spalony nos i kajakowe zakwasy. I kocham to!

Camper — czyli mój dom na kółkach i parking nad wodą

Zacznijmy od podstaw. Mój camper to nie jest luksusowy pałac na kołach. To raczej pokój ucznia z liceum, w którym wszystko ma swoje miejsce. Przestrzeń wielkości większego kartonu po telewizorze, w którym śpię, jem, gotuję, czasem tańczę, jak mam dobry humor i nieraz walnę się w łokieć o ścianę.

Ale nie ma co narzekać – budzę się rano, otwieram drzwi, a przede mną jezioro. Mgła unosi się nad wodą jak mleko rozlane po niebie, ptaki robią swoje operowe próby, a ja siedzę z kawą w ręku i czuję się jak w National Geographic. Tyle że bez filtrów i Davida Attenborough w tle.

Kajakiem w świat – czyli moje spotkanie z trzciną

Po śniadaniu czas na ruch, bo człowiek nie przyjechał tu tylko po to, żeby przypominać pomarszczoną morelę na ręczniku. Kajak to mój pierwszy wybór. Wydaje się prosto: dwie wiosła, jedna łódka, zero problemów. Ha! Powiedz to moim ramionom po trzech godzinach walki z wiatrem i nurtem, który uparcie chciał mnie zaparkować w środku trzcinowiska.

W ogóle, nie wiem kto powiedział, że jezioro to spokojna woda. U mnie to wyglądało jak bitwa morska – fale, wiatr, a ja próbujący utrzymać równowagę i godność. Raz nawet przestraszyłem się kaczki. Wyleciała z trzcin jak ninja, zrobiła hałas jak mały helikopter, a ja przez chwilę zastanawiałem się, czy nie zrezygnować z życia wodniaka i nie wrócić do sudoku w camperze.

Ale wiecie co? Gdy już przebrnie się przez te pierwsze dramaty i znajdzie się ten moment, gdy woda staje się taflą szkła, a słońce odbija się jak w lustrze to człowiek czuje, że żyje. Kajak niesie cię cicho, jakby sam chciał nie zakłócać tej ciszy. A ty płyniesz, patrzysz na ryby pod sobą i jesteś jak bohater dokumentu przyrodniczego. Tylko z nieco mniejszą gracją.

SUP – czyli jak upadać z wdziękiem

Po kajaku czas na kolejne wyzwanie. SUP, czyli Stand Up Paddle. W teorii: stoisz na desce i wiosłujesz. W praktyce: stoisz, leżysz, siedzisz, wrzeszczysz i wpadasz do wody. Pierwsze pięć minut na desce wyglądało mniej więcej tak, jakbym próbował zatańczyć walca na ruchomej platformie.

Ale jak już człowiek złapie równowagę (czyli po mniej więcej siedemnastym upadku), to robi się naprawdę fajnie. Stoisz wysoko nad wodą, suniesz sobie spokojnie i czujesz się jak król jeziora. A jeśli ci się znudzi, kładziesz się na plecach, robisz z deski prywatną wyspę i pozwalasz słońcu robić swoje.

Mój ulubiony moment? Kiedy spotkałem innego SUP-owicza, który miał ze sobą psa w kamizelce ratunkowej. Pies wyglądał na bardziej profesjonalnego niż ja. Siedział dumnie na dziobie, jakby to była łódź Wikingów, a nie deska za 300 zł z marketu. Patrzył na mnie z pogardą. Niechętnie muszę przyznać, że zasłużenie.

Życie nad jeziorem – jedzenie, sąsiedzi i komary ninja

Wieczorami życie nad jeziorem toczy się swoim rytmem. Camperowcy zbierają się przy ognisku, wyciągają gitary (i nie, nikt nie gra dobrze, ale wszyscy udają, że to nic), a z każdego kąta dobiega zapach smażonych kiełbasek, grillowanych warzyw i przypalonych naleśników.

Sąsiedzi z camperów to osobna kategoria ludzi – pełni historii, sprzętów, gadżetów, a czasem też dziwnych teorii o życiu i gotowaniu ziemniaków w puszce po kukurydzy. Ale są życzliwi, pomocni i zawsze gotowi pożyczyć przedłużacz, młotek, albo… pastę do zębów (true story).

Jedyne, co potrafi naprawdę zniszczyć klimat, to komary. Ale nie takie zwykłe – nie, nie. To są komary-ninja. Szybkie, sprytne, zdeterminowane. Jednego wieczoru liczyłem, że zabiłem siedem, a ugryzło mnie dwanaście. Czyli one się rozmnażają w locie. Teoria niepotwierdzona naukowo, ale mam dowody na rękach.

Poranek po – czyli dzień trzeci i chęć na więcej

Po dwóch dniach aktywności i grillowanej diety, człowiek budzi się trochę sztywny, trochę dumny, trochę opalony jak rak po pierwszym dniu w piekarniku. Ale też szczęśliwy, bo jezioro ma w sobie coś, czego nie znajdziesz na żadnym all inclusive.

To wolność. To dzikość. To radość z prostych rzeczy – z kanapki jedzonej nad wodą, z piwa pitego przy zachodzie słońca, z rozmowy z nieznajomym przy ognisku, z uczucia, że choć na chwilę udało się wyrwać z tego chomikowego kołowrotka.

Jeśli jeszcze się zastanawiasz, czy warto spakować kajak, SUPa i camperowy nieład – nie zastanawiaj się. Ruszaj nad jezioro, bo tam nudy nie znajdziesz, za to znajdziesz siebie. I może trochę wody w uchu, ale warto.”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *